1712 0

Był piękny, słoneczny dzień… Wstęp trochę oklepany, ale nie mam pomysłu jak inaczej zacząć, bo fakt faktem dzień był piękny i słoneczny, spożywałam śniadanie z moim mężem i dziećmi w jednym z amerykańskich hoteli. Dzieci mam słodkie, dosłownie, bo paszcze miały umorusane czymś słodkim i klejącym, co zresztą same sobie wybrały na śniadanie – szwedzki stół, jak wiecie, sprzyja dzieciom i ich wyborom. Wszyscy kolektywnie, całą czwórką stołowaliśmy się sami, kelner niby krążył w okolicy, raz nawet podszedł i nalał nam wody do szklanek, po czym zniknął i tyle go widziałam do końca śniadania. Wyrósł spod ziemi dopiero przy końcu posiłku pozostawiając rachunek – zmroziło nas, spojrzałam na mojego męża i zapytałam badawczo: „Kochanie, czy nasze posiłki nie są wliczone w koszt pobytu?” „Oczywiście, że są!” – odparł mój mąż zdziwiony i zmieszany. Patrzymy zbici z tropu na świstek, a tam wielkimi literami napisane:

WPISZ KWOTĘ NAPIWKU

I oczywiście trzy kropeczki z miejscem na deklarowaną kwotę.

Myślę sobie, oż ty! Za co niby ten napiwek!  Niby ten szybki lopez, który przemknął mi przed nosem raz jeden na cały poranek ma zasługiwać na napiwek?!

I wtedy zderzenie z rzeczywistością – bo musicie wiedzieć, że w USA wszędzie spodziewają się napiwków i co więcej, sami sugerują ich dawanie! W myśl formuły: ledwo pierdnie, a już chce napiwek! W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że napiwki daje się i otrzymuje za dobrze wykonaną pracę, dobrą obsługę i super serwis, im dalej na Zachód, tym bardziej granica się zaciera, dać należy zawsze, bo tak wypada. Co to oznacza? Że usługa realnie kosztuje ok. 10 proc. więcej niż wskazuje rachunek, bo 10 proc. to minimum, które powinnaś dać. Wygląda trochę na przerzucanie kosztów pracy z pracodawcy na klienta, zaczęłam bić się z myślami. Moje podejście absolutnie nie wynika ze sknerstwa, bo sama jeszcze kilkanaście lat temu pracowałam jako kelnerka w Wielkiej Brytanii i sama byłam po drugiej stronie barykady, liczyłam na napiwki, bo były dobrym sposobem dorobienia do regularniej wypłaty, ale na litość! Nie oczekiwałam pieniędzy za postawienie na stoliku filiżanki cappuccino. Stany, Stany…

Natychmiast uzmysłowiłam sobie, że w Time for Wax klientki też czasami dają napiwki kosmetyczkom. To sytuacje rzadkie, ale zdarzają się ze strony pań, które przychodzą na depilację regularnie, albo ze strony zagranicznych turystów, którzy mają taki nawyk. No właśnie, tutaj znowu wracamy za granicę, bo tam w sektorze usług jest to częste, ale czy tak powinno być, czy za takie rzeczy powinno się dawać napiwek?

Kto więc daje napiwki, a kto nie?

Czy w Polsce dajemy je po prostu, czy dajemy, bo doceniamy dobrą obsługę? Czy w takim razie dawanie napiwków powinno być standardem?

Ilu  ludzi, tyle strategii. Mój mąż na przykład ma swoją – uważa, że w miejscu, w którym jest się pierwszy raz, w którym tłoczą się ludzie, trzeba dać napiwek, który zrobi dobre wrażenie. To daje gwarancję, że za każdym kolejnym razem w tym miejscu zostaniemy dobrze obsłużeni. Tego nauczył go jego wujek, który bywał tu i tam.

Z Polakami i napiwkami bywa różnie, inne narodowości też mają z tym problem, pojawia się pytanie, kiedy dawać? Czy jeśli ktoś nie daje, to znaczy, że skąpy, czy że Polak? 😉

P.S. Nie jestem złośliwa, zakończyłam w ten sposób, żeby Was sprowokować do dyskusji!

PRZECZYTAJ WIĘCEJ: