1535 0

Kilka tygodni temu, gdzieś na górnym Mokotowie…

Był ładny, słoneczny dzień, jak zawsze u mnie spotkanie za spotkaniem, sprawy w firmie, aktualnie grane były wielkie zmiany w systemie IT, usiadłyśmy więc z Izą w ciszy i spokoju do omawiania pomysłów. Wyobraźcie sobie, że nagle, nasze spotkanie koncepcyjne przerywa zdyszany mężczyzna, typowy gość z teczuszką i klasyczną przeczeską na głowie, ubrany w przyduży garnitur. W dłoni trzyma wizytówkę naszych salonów i pyta, czy siedzi tu ktoś od podejmowania decyzji. Kiwnęłam głową, że owszem, to ja. Pewny siebie, bo trafił na decydenta zaczął snuć opowieści, że właśnie był w okolicy, pomyślał sobie, że wpadnie, a nuż ubijemy interes. Podkreślił, że współpracować warto, a jakże, a poza tym jego firma wcale nie jest mała!  Ma kilkadziesiąt salonów w Polsce, a sprzedają kosmetyki do twarzy i do włosów. Kilkakrotnie podkreślał, że pracuje dla dużego i ważnego gracza na rynku, wysyłając nam władczy komunikat – licz się ze mną!

Facet zaczyna mnie irytować, bo już nie sprzedaje i nie prezentuje oferty tylko robi czary mary, że takie miliony monet leżą na ulicy, że żal się nie schylić i tylko krótkowzroczny głupek (patrz ja) tego nie doceniam, mało tego on sam zna wielu milionerów, którzy takiej okazji nie przepuszczą. Nie pomogło uświadamianie, że to nie jest nasza strategia, bo jak ktoś włosy usuwa w Time for Wax, to ich nie pielęgnuje – co oczywiste…

 

Oczekiwania klienta… Pan się znowu nie wstrzelił…

Koleś jeszcze długo wylewał z siebie swoje opinie, zamiast słuchać, pytać i oferować produkt dopiero w odpowiedzi na potrzeby klienta. Mamił mnie opowieściami o domu z basenem, a jakby tego było mało, popłynął tak daleko, że ponoć według jego wersji zdarzeń, dzięki temu dealowi mogłabym jeździć BMW za półtorej bańki! Wskazując na moje kluczyki od auta leżące na biurku nie omieszkał stwierdzić: „widać, że pani markę zna…” Ja ledwo wytrzymywałam i myślałam sobie, gdzie się tacy rodzą?! Że ich matka ziemia nosi… Kto łyka ich teksty, kto to kupuje? Widzę, że koleś nic sobie nie robi z naszych argumentów, nie zraża go fakt, że nie jesteśmy zainteresowane współpracą, a póki co głównie tracimy, nasz cenny czas, na bezproduktywną dyskusję z panem w ślubnym garniturze, z pożyczką włosów z lewej na prawą stronę i grzebieniem w tylnej kieszeni spodni.

Widać, że nie zna zasady „zamknij się i słuchaj!”

Przeczuwałam, że prezentacja jego hiper super oferty może jeszcze długo potrwać, a czasu u mnie jak na lekarstwo, postanowiłam uciąć rozmowę. Kilka prób zamknięcia tematu kompletnie się nie powiodło. Typowa akwizycja w stylu „jak nie wejdę drzwiami to wejdę oknem”, chociaż wiecie, że determinację pochwalam i sama uważam, że o swoje czasami warto zawalczyć. Determinacja jednak nie jedno ma imię, a opcja „na żebry” to coś innego, niż zdecydowane parcie do celu. Jedyne co mi pozostało w obliczu  tej niekończącej się rozmowy, to wskazanie ręką i dosadne… „dziękuję, tam  są drzwi”. Z grubej rury – wiem, ale jego reakcja wcale nie była lepsza. Wstał, spakował manatki i na odchodne rzucił: „pfff! Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś nie chciał być milionerem!”

Byłam w niemałym szoku. Po partyzancie został tylko odwrócony efekt WOW i dygresja: nie ufaj sprzedawcy z przeczeską i teczką pod pachą, została też historia „jak nie sprzedawać”.

PRZECZYTAJ WIĘCEJ: