1714 0

Do tej pory nie sądziłam, że nawet tak drobne rzeczy, jak podejmowane aktywności pozazawodowej, nie wynikającej z żadnych obowiązków, ani domowych, ani tych w firmie, mogą tak bardzo zmienić podejście do życia. Pewnego dnia stałam się sama dla siebie interesującym obiektem testów parapsychologicznych.

Przyznam Wam się: bałam się, że może nie dam rady, ale… Minęło 40 dni i nadal… biegam! A co więcej – lubię to! Okazało się, że po ponad miesiącu wypracowuje się we mnie nawyk. Najcudowniejsze w tym sporcie jest to, że biegać można wszędzie. W Egipcie biegałam brzegiem morza przy cudownych widokach, a nigdy wcześniej nie widziałam morza o tej godzinie. W czasie wyjazdu na narty do Austrii też biegałam i to po górach, pod górkę, do wyciągu. Zawsze rano, z dostawcami mleka, ludźmi spieszącymi się do pracy – „czapka, rękawice i zwiedzam truchtem okolicę”. Nie ma wtedy innych obowiązków, moje wyzwanie, moja wybrana trasa i ja.

Bieganie daje mi dużo większe poczucie kontroli nad moim ciałem, nad jego wydolnością – co oczywiste. Zawsze byłam aktywna, więc nie jest tak, że z kanapowca przerzuciłam się od razu na wielozadaniową sportsmenkę. Biegam i lepiej się czuję, jestem bardziej efektywna, bo i zdecydowanie lepiej dotleniona, mój mózg ma dodatkowy zapas tlenu, co sprzyja myśleniu i wymyślaniu – śmieję się, że w biznesie to dwie nieodzowne cechy.
Łatwo nie było, bo mój mąż już biega od dłuższego czasu, a co więcej, sama obserwacja męskiego punktu widzenia i podejścia do każdego uprawianego hobby jest diametralnie inna. Niesamowicie przypomina mi to przygotowania do misji specjalnej jakiejś spec brygady: najpierw gadżety, żeby było miło, później budowanie grupy wsparcia, bo zawsze dobrze, żeby inni wiedzieli i wspierali, następnie gadżety podpięte do komputera same mierzą i ważą, wypluwają wynik, obliczają wydolność i w zasadzie można by zaczynać, ale jeszcze chwila, jeszcze coś… Popatrzyłam na ten męski punkt widzenia i pomyślałam: „no way, to nie dla mnie takie ceregiele”. Ja widzę bieganie z innej perspektywy…

I teraz najlepsza rzecz z moich autopsychologicznych obserwacji. Poza głosem „nie dasz rady”, który siedzi w każdej myślącej głowie, pojawił się problem: mam plan, chcę wyjść i pobiegać, ale nie mam się w co ubrać. Gdybym była mniej nastawiona na cel, to pewnie odpuściłabym. Niemniej twardo postanowiłam przejrzeć szafę, znalazłam w niej trochę sportowych rzeczy i oddychających dreso-wynalazków, które nigdy nie były używane i byłam prawie gotowa, gdyby nie… buty! I tu znowu głos z tyłu głowy: przecież nie będę kupowała butów specjalnie, skoro nie wiem, czy tak naprawdę będę biegała – afirmacja po pieronie! Chwilę później miałam na nogach buty do squasha, bo przecież to buty sportowe jak każde inne.

Prawdziwy popłoch pojawił się wtedy, kiedy okazało się, że… biega się bez make-upu. I znowu głos, który z pozytywną afirmacją nie ma nic wspólnego: „a co, jeżeli ktoś mnie zobaczy i stwierdzi, że biegnie jakaś wypluta skarpeta? Może chociaż okulary przeciwsłoneczne?” Poszłam na kompromis ja kontra moje złe myśli i biegam bez make-upu, ale z pomalowanymi rzęsami. Panowie pewnie teraz lawina śmiechu, ale panie wiedzą, że nawet Marylin Monroe, która mówiła wiele mądrych rzeczy, a o wyglądzie najwięcej, stwierdziła, że po przebudzeniu cera jest i tak wypoczęta, wystarczy tylko dodać wyrazistości oczom. Tak też robię i jest złoty środek. Malowanie oczu, make-up to też jest siła nawyku, to jakbym nagle miała wyjść z domu z nieumytymi zębami.

Kolejny bastion oporu pojawił się, kiedy pomyślałam, że biegając mogłabym się zacząć nudzić, a nie ma nic gorszego dla mnie niż nicnierobienie. Szybko stwierdziłam, że mogę słuchać audiobooka. Nie przyznam się Wam, czego słucham, ale mam z tego fun! Na matematykę moich biegów pomogło polecone przez koleżankę Endomondo, które oblicza mój dystans i w drogę! Wybiegłam w stronę parku, który jest na moim osiedlu i wtedy zobaczyłam, że naród biega! Ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Jedni azymut lewą stroną, drudzy prawą. Obserwuję ich, cisną aż miło patrzeć, a ja jeszcze tempo staruszki, co sobie pobiegnę, to sobie pospaceruję i tak powoli wypracowuję formę. Nie robię tego dla innych, ale dla siebie i nie przejmuję się tym, że nie wystartuję obok Bolta, bo by mnie żwirem nakrył w nanosekundzie. Afirmuję takie podejście do biegania, które pozwala mi cieszyć się sportem, a nie czuć presję. Oczywiście ciężko zawsze afirmować same pozytywy, tak jest też w bieganiu. Kiedy inni robią drugie kółeczko, ja sobie kończę pierwsze, uśmiecham się do siebie i mówię: „Izo, robisz to dla siebie, nie dla kółeczek”. I jeszcze najlepsze! Jak biegasz, to stosuj się do zasad! Nikt na trasie nie odpowie „dzień dobry” nie ma co liczyć. Spojrzy w oczy i ani me, ani be… dziwne, ale cóż. Takie reguły gry.

Efekty? – widać!

Po pierwsze za każdym razem mogę sobie pogratulować determinacji, a to niesamowicie poprawia spojrzenie na samą siebie. Skoro mogę pokonać swoje słabości w tej materii, to mogę w każdej innej. Moi bliscy budzą się, kiedy ja wracam z biegania i gratulują mi tego, że o 7.00 rano mogę być tak aktywna.

Bieganie jest jak biznes:
1. Plan – decyzja – działanie
2. Realizacja celu
3. Systematyczność i konsekwencja

Zobaczcie, że nawet ta paskudna zasada, którą często obserwujemy u ludzi, którzy myślą o własnym biznesie: opowiadam o złotych górach, ale nie działam, też tutaj ma swoje miejsce.
Z bieganiem i biznesem jest tak, że nie wystarczy mówić, trzeba robić, działanie to też nawyk!
Jedno i drugie daje wolność, wynikającą z kontrolowania swoich oporów, słabości i wewnętrznych przeciwności, takiej wolności której każdy z nas potrzebuje na pewnym etapie życia, Wam życzę. Biegajcie!

PRZECZYTAJ WIĘCEJ: