Trawa po drugiej stronie jest zielona, bo rośnie na g…

Zabiegany poranek, przeprowadzam konwersację telefoniczną z moją koleżanką, bardzo zdolną i wziętą architekt, której determinacja i zdolności biznesowe są imponujące – słowem – kobieta operatywna, nie muszę chyba dodawać, że nie należy do typu miękkich buł i płaczliwych egzemplarzy, skoro udało jej się ujarzmić mnie w 100 proc. przy naszych wspólnych projektach. Telefon bardzo miły, koleżeński, ale też lekko zawodowy, bo jak zawsze dzwonię do niej z małym dylematem, czy wynajmować nowe biuro, czy nie… Czy chcę prowadzić ważne rozmowy i koncepcyjne burze mózgu na powierzchni lekko tylko większej, niż moja obecna przestrzeń biurowa, do tego o urologicznym kształcie nerki…? Szukam wsparcia, moja koleżanka dzielnie szkicuje mi wizję tego, jak nowe biuro mogłoby wyglądać. Mówi, że skóra na podłodze – ja w panikę: jaka skóra! Co Ty! Ona na to, że kutwa ze mnie oszczędna, że pewnie nie będę chciała wydać zbyt wiele na aranżację biura, kilka epitetów poleciało (wiem, że z przymrużeniem oka). Hania lubi urządzać „na bogato”, a ja zawsze proszę żeby pokazała mi na co wydam pieniądze, zanim je wydam… Wiecie – artystyczna wizja versus mój przedsiębiorczy pragmatyzm. Rozmowa trwa w najlepsze, a ja słyszę jednak, że Hania nie do końca jest w formie, wydaje polecenie, którą ulicą najlepiej jechać – aha, myślę sobie, jedzie taksówką! Tylko dlaczego?!

 

 

 

Pytam więc grzecznie, czy wszystko dobrze, czy auto się zepsuło, że życie zmusiło ją do przejażdżki innym dyliżansem, na co moja koleżanka odpowiada zupełnie szczerze, z lekką rezygnacją w głosie, że nie, wszystko jest dobrze, no prawie dobrze, tylko wczoraj wieczorem była na imprezie o i wszyło, jak wyszło, że dziś taksówka i duże zmęczenie, że ogólnie to ma dosyć, pracy, klient się piekli, a przy tym jeszcze nie ma racji i jakby to powiedzieć, żeby nikt się nie obraził… do dupska niepodobne to jej życie, tylko się popłakać i nakryć uszami.

Impreza – pomyślałam, wieczór – pomyślałam, bycie singlem – pomyślałam… i zaraz przed moimi oczami stanął obraz poprzedniego wieczoru w wydaniu mojej rodziny. Gotowanie, pranie, praca, składanie skarpetek, uzupełnianie lodówki… proza życia. Jakbym chciała tak chwilę na imprezie, jakbym chciała tak nie mieć na drodze do sypialni porozrzucanych skarpetek i gaci… oj, jakbym chciała! Oczywiście tylko na chwilę, ale jednak… I mówię do Hani: „stara! Ty nie sabotuj swojego własnego, fajnego życia! Zamieniłabym się z Tobą na jeden dzień, uwierz!”

No i się zaczęło…
„Coś Ty! Masz ludzi do pracy, nie musisz pracować, masz na dodatek najlepszą rodzinę na świecie, męża, dzieci!”
Na co nie wytrzymałam i mówię:
„ale ja nie mam imprez, nie mam czasu na tenisa, na wyjazdy, tylko dom, praca, szkoła, dzieci, piłka, angielski… i tak w kółko!”
„Ale ty masz komu ciasto upiec, a ja nie!”
„Ale ja nie lubię piec ciast! Daj mi spokój!”
Rozmowa nie miałaby końca, gdyby nie moje trzeźwe myślenie: singiel zazdrości mi mojego życia, a ja zazdroszczę singlowi tych kilku cennych chwil tylko dla siebie…

Śmieszą mnie sytuacje, kiedy widzę, że narzekamy na swoje życie i nie doceniamy tego, co mamy. Otaczają nas powszednie oczywistości, więc tracimy z oczu to, co wyjątkowe. Jedna narzeka, że sprząta po rodzinie, ta jest singlem i nie ma komu gotować obiadów. Jak zwykle włączamy kobiece lamentowanie i pacz. A tu trzeba trzeźwego osądu sytuacji… Lekcja? Owszem. W życiu i biznesie dostrzegaj pozytywy, doceniaj to, co masz: swoich klientów, swoje pomysły, to, że się rozwijasz. Patrz na innych i nie myśl, jak mają dobrze, popatrz na swoje życie z dystansu – czy nie jest fajne?