1432 0

Dziś zapraszam na tuńczyka w sezamie. Serwuje Master Szef Makosz. To ten dzień… – pomyślałam, dzień tuńczyka, bo w poniedziałki zamawiamy dostawę zakupów do domu z internetowych delikatesów Frisco i mój mąż zawsze uwzględnia porcję świeżego tuńczyka na poniedziałkową kolację. Stek z tuńczyka smaży go w sezamie po 2 minuty z każdej strony i podaje nam jedzenie jak ta lala! Palce lizać, ślinka cieknie.  Dostawa, jak zawsze, była zamówiona między godziną 19 a 21. Pan dostawca zjawił się o oznaczonej w zamówieniu porze i wwiózł pakunki do garażu, zostawił fakturę i pojechał w siną dal. Głodni zaczęliśmy rozpakowywać zakupy, a Darek ze zdziwieniem stwierdził, że części zamawianych artykułów nie ma.  Znacie to uczucie, kiedy patrząc na ogół rzeczy oceniacie, że czegoś brakuje. To nie jest pierwszy taki przypadek – kilka miesięcy temu dostawca przywiózł mi miks zakupów: połowa moich, połowa mojego sąsiada, dodajmy chłopisko nie odżywia się najzdrowiej, czułam się źle z tym, że widzę co je, jakbym mu co najmniej do lodówki zaglądała. Chciał nie chciał sytuacja się powtórzyła, tylko scenariusz inny, a reklamację trzeba złożyć jak zawsze w takim wypadku i to jedno jest niezmienne. Chwytam więc telefon i wydzwaniam „halo halo, posiadam niekompletne zakupy na pokładzie, SOS, głodni jesteśmy!” poprzednim razem pan dostawca przyjechał szybko i zamienił niechcianą część zakupów na moją niedowiezioną partię.

Czas mija, i nagle, wreszcie telefon. Zadzwonili do mnie z Frisco, a Darek na dole nadal wisi na telefonie bez skutku. Ja na górze już ogarniam sytuację, Pani uspokaja mnie, że już wszystko sprawdzają, zaraz oddzwonią ponownie. Niby fajnie, bo coś się ruszyło, ale brzuchy puste! Odzwonili, nie powiem, przepraszali, nie powiem,  pierwsza wersja tłumaczenia, że ktoś tam, gdzieś tam nie zapakował, druga, że dostarczyli pod niewłaściwy adres i uczciwy odbiorca nie swojej ryby już oddzwonił. Jest jednak za późno, żeby wrócić i dowieźć, a szofer jest tak naprawdę juz drodze do domu, do samego Tarczyna jedzie… Tego wieczoru odebrałam trzy telefony z Frisco, trzeci zakończył się przeprosinami i rabatem na kolejne zakupy. Nie powiem, zrobiło mi się żal pani na linii, bo bogu ducha winna, a z całym tym kłopotem została sama.

To jednak nie koniec przygody z Frisco. W kolejny poniedziałek robimy zakupy, wracam do domu z pracy, jest tuńczyk, Darek już go w sezamie obtacza, rozmawiamy, nagle mój wzrok przyciąga mały słoik na półce w kuchni. Słoiczek jedzonka dla dziecka Hipp od 7. miesiąca życia, rosołek z indykiem i kluseczkami. Wybałuszyłam oczy i przerywając mojemu mężowi konwersacje (za co sie na mnie na śmierć obraził), pytam, a co to w mordę jeża jest? Czy my się spodziewamy w rodzinie jakiegoś dzidziusia? Na co mój mąż odpowiada, że to Frisco w ramach przeprosin dorzuciło tym razem do zakupów…  Gratis!

PRZECZYTAJ WIĘCEJ: