848 0

Kiedy byłam jeszcze niedoświadczoną mamą, na samym początku mojej przygody z macierzyństwem, myślałam naiwnie, że jak krzyknę, tupnę, warknę, ustalę raz na zawsze zasady, kilka razy wyciągnę konsekwencje z ich nieprzestrzegania i już będzie z górki – miało być mega proste, skuteczne i szybkie.  Ktokolwiek ma dzieci, czytając to zapewne śmieje się do rozpuku…

Ja patrząc na siebie z tamtego czasu, śmieję się głośno.

Śmieję się teraz, ale zanim… ogarnęłam, zrozumiałam, że to tak nie działa, że to nie będzie działanie na autopilocie i według instrukcji obsługi, to musiałam przejść swoje, dostać w kość, przeczytać stos książek, zaczerpnąć wiedzy u psychologa dziecięcego, by zrozumieć z czym je się, mówiąc obrazowo, to ciacho zwane byciem prawdziwym rodzicem. Jedna najważniejsza zasada, która brzmi mi w głowie, to pewna oczywista oczywistość: dziecku należy zbudować takie otoczenie, żeby miało poczucie bezpieczeństwa. Musi się czuć kochane bezwarunkowo. Niby takie łatwe, ale sami zobaczcie, jak trudno pogodzić to z wychowaniem, wpojeniem zasad, nauczeniem ich przestrzegania, wyuczeniem obowiązków, a nie tylko leżingiem i marzingiem o niebieskich migdałach… Wielka odpowiedzialność, zaufanie, zaangażowanie z dwóch stron i zaczyna się zabawa w leadership.

Co było najtrudniejsze? Jak sobie dobrze przypominam, to przeforsowanie takiego nawyku, który wprost mówił: sprzątam po sobie i nie zostawiam na środku pokoju…

Metody zarządzania były różne i nie za wszystkie przyznałabym sobie medal. Na starcie to ja ambitnie ustaliłam obowiązki, przekazałam moim chłopcom zasady działania, oni pokiwali głowami, po czym, jak sami się pewnie domyślacie, nic nie zadziałało jak miało zadziałać… dlaczego? O mądrości, która przyszłaś z czasem! Odkryłam, że to nie chłopcy zdefiniowali swoje zadania, ale to ja im je narzuciłam!

Zmieniłam taktykę – zapytałam co chcą robić, porozmawiałam, ustaliliśmy obowiązki sprawiedliwie i wg preferencji (starszy woli jedno, młodszy drugie),

Nauczyłam metod działania, bo pokazałam JAK ROBIĆ to DOBRZE, na tablicy pojawiła się lista-ściągawka, żeby było łatwiej zapamiętać i panować nad obowiązkami – było lepiej, ale zdarzały się też dni kryzysowe, kiedy ekipa się buntowała i nie robiła. Dlaczego? Bo po prostu zapomniałam o… motywacji! Usiedliśmy zatem jeszcze raz, ten sam temat na stole i pytam: „jaką tygodniówkę (za zaangażowanie, własną inicjatywę) ustalamy za te konkretne zadania?” Poszło szybko. Umowa określała, że za zadania zrobione na full dostają konkretną kwotę kieszonkowego, za te zrobione na pół gwizdka albo nie zrobione wcale proporcjonalnie pomniejszamy tygodniówkę. Ważne – sami będą się oceniali i mówili, ile powinni dostać!

Oceniają się sami, bo to też uczy. Czy działa? Czasami super, czasami trochę gorzej, ale coraz częściej widzę, że wyrabiają sobie nawyk – i to jest to, do czego od początku dążyłam, a czego nie osiągniemy inaczej, jak tylko systematyczną pracą nad słabościami i silnymi stronami naszego dziecka.

Cały czas trzymam rękę na pulsie  przypominam, rozmawiamy, zadaję pytania, argumentuję sensownie moje wątpliwości, podkreślam, że to ważne dla funkcjonowania naszego domu. Jest coraz lepiej.

Misja wychowanie dzieci, przypomina misję biznes! To jak praca z ludźmi, to jak prowadzenie ich krok po kroku przez waszą wizję firmy, to bycie liderem, mądrym szefem i wsparciem. Mając potrzebę formowania celów dla współpracowników wiem, że muszą się z nimi utożsamiać, tak jak moje dzieci ze swoimi celami-obowiązkami. Muszą się na to zgodzić i  to muszą być ich cele. Tak konstruowałam zarządzanie ludźmi, aby to oni kreowali pomysły.

Tak jak rodzic, tak i jako szef, nie irytuję się jak coś nie działa, ale jestem nastawiona na  rozwój i pomoc, wykrywanie przyczyn, dlaczego coś nie śmiga idealnie. Moim celem jest stworzyć wspierające środowisko i pozwolić na błędy.

Moi pracownicy, tak jak dzieci nie mogą się mnie bać – to nie jest efektywne, muszą być obecne otwartość i poczucie bezpieczeństwa, po prostu fajne relacje człowiek-człowiek. Wiem też, że uparcie tkwiąc w założeniach, szlifując konkretne schematy pracujemy nad nawykiem. Uczę też moich pracowników (tak jak moich synów) myślenia, że coś czego wcześniej z trudem się uczyliśmy, jest teraz dla nas czymś nieodzownym – w biznesie to bardzo ważne!

Motywuję – podkreślam, że każde nowe zadanie to sposób na podniesienie swoich kompetencji i kwalifikacji, to może szansa na odkrycie niszy dla siebie! Sprawdzam i weryfikuję.

Motywuję dzieci w ten sam sposób! Samorozwój jest przyszłością! A on wymaga pracy, wewnętrznej potrzeby doskonalenia, motywacji. Pracowników nieco tylko inaczej, niż moich synów, proszę o to, aby stworzyli i wykreowali narzędzia do wsparcia realizacji zadań, które mają, zwykłe określenie, kto co robi i kiedy – ważne, bo te ustalenia muszą być wspólne.

Biznes i dom – te dwa światy, które długo próbowałam uznać za dwie oddzielne planety, dziś stanowią dla mnie jedno gigantyczne pole do obserwacji i doświadczeń.

PRZECZYTAJ WIĘCEJ: